Ruch Narodowy

„Bunt stadionów” okiem „piknika”


Dobry, ciekawy, prawdziwy – tymi słowami można opisać najnowszy dokument Mariusza Pilsa, poświęcony zwarciu, w jakie weszła z III RP jedna z grup „wyklętych” przez system. Kibicem nigdy nie byłem, a środowisko znam przede wszystkim ze względu na działających w nim przyjaciół, znajomych oraz kontakty w ramach aktywności społecznej. Pomimo tego, a może właśnie ze względu na to, obejrzałem „Bunt stadionów” z dużym zainteresowaniem.
Pierwsza uwaga, jaka nasuwa się po obejrzeniu filmu, to przekonanie, że w całej sprawie nie chodzi jedynie o walkę jakiejś grupy społecznej z konkretnym rządem. Widać to przede wszystkim w wypowiedziach samych kibiców.
Donald Tusk i jego platformiana ekipa stali się jedynie doskonałą emanacją systemu, z jakim przyszło walczyć w obecnej Polsce wielu ludziom, w tym kibicom. Paradoksalnie, środowisko kibicowskie nie od zawsze tak wyraźnie i tak mocno manifestowało niechęć do republiki okrągłego stołu. Z prostego powodu – polityka czy ideologia nie zajmowały specjalnie życia stadionów. Ale to nie uchroniło kibiców przed interwencją systemu. I nie chodzi bynajmniej o zadymy, jakie zdarzają się przy okazji meczów – te są co najwyżej dobrym pretekstem do podjęcia policyjnych, prokuratorskich i medialnych akcji.
Sednem sprawy nie jest również konflikt Tusk-kibice. To kulminacja „wojny”; to raczej rezultat, a nie przyczyna. Istotą jest walka, jaką demoliberalizm podejmuje z każdą zdecydowaną, klarowną tożsamością. Po prostu każda grupa, która wyznaje nienegocjowalny system wartości, zwłaszcza odwołujących się do tradycji, honoru, przywiązania do historii czy patriotyzmu, jest wrogiem okrągłostołowej republiki. Doskonale widać to w dokumencie Pilsa i za to przede wszystkim należy mu podziękować.
Można mieć do produkcji drobne zastrzeżenia, gdy np. sympatyczny skądinąd ks. Jarosław Wąsowicz mówi, że środowisko kibicowskie jest jedynym w Polsce młodym ruchem niezależnym od poprawności politycznej. Jest to przesada, bo choćby wiele organizacji narodowych opartych jest o działalność tysięcy młodych ludzi. Ale składam tę wypowiedź na karb konwencji, w jakiej robiony jest film.
Nie do końca za to rozumiem wypowiedź dr Barbary Fedyszak – Radziejowskiej, z dosłownie ostatnich kilkudziesięciu sekund, zamykających „Bunt Stadionów”. Przede wszystkim Fedyszak-Radziejowska wyraża się w tym fragmencie bardzo niejasno. Z tego co mówi można jednak odnieść wrażenie, że martwi ją, iż środowisko kibicowskie odrzuca nie tylko „tuskowszczyznę”, ale całą elitę pookrągłostołowej Polski.
Dosyć dziwnie brzmią jej słowa pokazywane na tle, organizowanego przez narodowców, Marszu Niepodległości: „nagle okazuje się, że oni wspierają ten świat, który my w poszukiwaniu prawdy musimy odrzucić, to jest dramatyczne”. Mam nadzieję, że to jedynie nieszczęśliwa zbitka, a nie celowe zagranie pod wyraźną opcję polityczną. Źle by się stało, gdyby końcówka filmu, ustami doradcy jednej z partii politycznych, miałaby nieść taki wydźwięk: „elity okrągłostołowe złe, ale tylko te postkomunistyczno-liberalne; prawicowi okrągłostołowcy już ok, za to narodowcy – nie ok”. Przyznam, że nie jest to dla mnie jasne.
Ostatnia uwaga – dla kogoś śledzącego sytuację środowiska kibicowskiego i jego wojnę z systemem „Bunt stadionów” może się okazać mało odkrywczy. Dla mnie nic zaskakującego czy szokującego w nim nie było. Ale to chyba nie jest zarzut, bo film powinny obejrzeć w pierwszej kolejności nieobeznane z tematem „pikniki”. Przedstawia on bowiem w sposób dosyć jasny i dobrze naświetlony problem totalnie zafałszowany w dyskusji publicznej. Dlatego będę go polecał wszystkim znajomym.
Robert Winnicki