Ruch Narodowy

Warszawscy Wszechpolacy w obronie prawdy o stosunkach polsko-litewskich

Wczoraj w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego odbyła się konferencja poświęcona
stosunkom polsko-litewskim. Przeczuwając, jaki jest prawdziwy cel tego wydarzenia, członkowie
warszawskiego koła MW również wzięli w nim udział.
 
Konferencję firmowaną przez Fundację „Centrum im. prof. Bronisława Geremka” w podtytule
przedstawiano jako „Prawdy, zmyślenia, interpretacje”. Od początku zanosiło się na to, że prawdy
będzie bardzo niewiele, za to nie będzie można narzekać na brak zmyśleń i interpretacji w daleki
od obiektywizmu sposób. Dość szybko bowiem padły zarzuty od lat powtarzane przez wszelkiego
rodzaju „ekspertów”, które są stawiane Polakom wówczas, gdy postępowanie Litwinów na
Wileńszczyźnie jest już nie do obronienia.

Już na początku dyskusji, podczas której można było zadawać pytania z sali, prowadząca spotkanie
Renata Mieńkowska-Norkiene – prywatnie żona sędziego Sądu Najwyższego Republiki Litewskiej –
zaczęła sugerować, że Akcja Wyborcza Polaków na Litwie szczególnie upodobała sobie Rosjan, co
z kolei musi budzić podejrzenia. Podkreślmy jednak, przyglądając się faktom, iż Polacy i Rosjanie
na Litwie łączą siły, mając wspólny interes jako mniejszości narodowe. Natomiast w protestach
w obronie szkolnictwa mniejszości brały udział w 2012 roku chociażby ogólnolitewskie związki
zawodowe nauczycieli, jednak, wg prowadzącej, AWPL, a szerzej – Polacy na Litwie – to środowisko
realizujące rosyjski interes w tym kraju. Wówczas jeden z obecnych wśród publiczności działaczy
społecznych na rzecz Kresów zwrócił uwagę, że skoro nie ma przedstawiciela AWPL-u na sali, to
nie wypada podnosić tego typu zarzutów. Był to jednak tylko wstęp do tego, by przebiegające w
atmosferze wzajemnej adoracji spotkanie potoczyło się w niezamierzonym przez organizatorów
kierunku.
 
Z racji tego, że na prelegentami byli – obok Jana Widackiego, byłego ambasadora RP w Wilnie,
i Tomasza Nałęcza – dwaj Litwini, jeden z działaczy warszawskiego koła MW wykorzystał cytat
Antanasa Smetony, prezydenta Litwy, z broszury „Witaj Litwo!” z października 1939, w której
Smetona stwierdzał, iż „Litwa otrzymała Wilno dzięki długotrwałej przyjaźni, jaka ją łączy z
sowietami”. W związku z przypomnieniem, w jakich okolicznościach Litwa przejęła Wilno, gościom
zadano pytanie, czy zgadzają się ze swoim prezydentem.
Lekko zmieszani prelegenci nie spodziewali się tego typu pytania, licząc, że sala zapełni się
schematycznie myślącymi ludźmi, którzy na dodatek nie kojarzą faktu historycznej polskości Wilna i
autochtoniczności Polaków tam żyjących. Sytuację próbowali ratować obecni na sali przedstawiciele
litewskiego punktu widzenia, którzy będąc nominalnie Polakami, podważali lojalność swoich
rodaków na Litwie wobec litewskiego państwa, ewentualnie szukali urojonych win wobec Litwy po
stronie polskiej. Jedną z takich osób był Piotr Winczorek, profesor prawa konstytucyjnego, który z
kolei rozpoznał w nas… ONR. Trzeba przyznać, że profesorowi trochę zabrakło wyobraźni, w końcu
obronę prawdy o Polakach na Litwie mógł przecież skojarzyć np. z NSDAP, co chyba nikogo by nie
zdziwiło, biorąc pod uwagę poziom absurdu panującego na konferencji.
Gdy kolejny z działaczy warszawskiego koła MW miał do dyspozycji mikrofon, przeprowadzono
kolejne uderzenie w oszczercze wobec naszych Rodaków na Litwie towarzystwo, które sądziło chyba,
że wyjdzie z konferencji w poczuciu dobrze spełnionego (wobec Litwy) obowiązku. Zadano trzy
krótkie, ale jakże znamienne pytania:
1. Czy Litwini całkiem poważnie mówiąc o „polskiej okupacji Wilna” – biorąc pod uwagę zasadę
samostanowienia narodów, to w jaki sposób mieszkańcy Wileńszczyzny przywitali Gen.
Żeligowskiego oraz jaki był skład etniczny przedwojennego Wilna – uważają, że Polacy
okupowali samych siebie?
2. Czy uważają, że mające na początku lat 90-tych przesłuchiwania kombatantów Armii
Krajowej miały źródło w tym, jak bardzo w czasie wojny zaleźli oni za skórę nazistom i
kolaborującym z nimi otwarcie i powszechnie Litwinami?
3. Czy skoro mamy przeprosić za rzekomą „okupację” Wilna przez Żeligowskiego, to czy
Litwini są w stanie uznać się za pokonanych w czasie II Wojny Światowej, zapłacić Polakom
odszkodowania wojenne i przeprosić za zbrodnię w Ponarach, gdzie wespół z nazistami
zamordowali 100 000 Polaków w tym profesorów Uniwersytetu Wileńskiego, którego
tradycją bezpodstawnie tak się chlubią?
Wtedy też prelegenci – reprezentujący bez względu na deklarowaną narodowość litewski
punkt widzenia – zaczęli ujawniać swoje prawdziwe intencje i motywacje. Zaczęli zagęszczać
atmosferę absurdu, przywołując rzekome trudności, jakie mają Niemcy albo Łemkowie w Polsce z
dwujęzycznymi tablicami, do czego Polacy rzekomo też musieli w swoim kraju „dojrzeć”. Jan Widacki
– który upodobał sobie tego typu argumentację – próbując rysować symetrię, nie zauważył chyba,
że sprowadził swoich litewskich kolegów do poziomu obiektu specjalnej troski, a nie poważnego
partnera. Natomiast przypomnienie Litwinom, że mają krew na rękach, spowodowało dość
gwałtowną reakcję litewskiego prelegenta, który odparł, że to on jako Litwin czeka na przeprosiny
od Polaków. Za co konkretnie – nie sprecyzował. A podkreślmy, że ten rzekomo poważny człowiek to
doktor historii na współczesnym Uniwersytecie Wileńskim.
Wywody Widackiego zmierzały już w niebezpiecznym dla niego samego kierunku, bowiem
wykonując dotychczas dobrą robotę dla Litwinów, zaczął ze szkodą dla siebie ujawniać wprost swój
prolitewski punkt widzenia. Mogąc do tej pory przedstawiać się jako osoba obiektywna, zaczął snuć
rozważania o tym, jak my byśmy się czuli, gdyby pod Warszawą mieszkali Rosjanie albo Niemcy
i zaczęli wysuwać podobne jak Polacy żądania. Widacki został natychmiast sprowadzony przez
jednego z wszechpolaków do parteru, który głośno oznajmił – choć już bez mikrofonu – że Polacy
na Wileńszczyźnie byli tam PRZED państwem litewskim. Gdy Widacki próbował zaś wyśmiać ideę
domagania się przeprosin za ludobójstwo w Ponarach pod Wilnem, został skontrowany argumentem
o Katyniu i o tym, że każda zbrodnia wymaga rozliczeń – niezależnie od sprawcy. 
Na końcu oczywiście Mieńkowska-Norkiene próbowała niezauważalnie zamknąć spotkanie, aby
prelegenci nie musieli się odnosić do podnoszonych przez wszechpolaków kwestii, ale głośne głosy
publiczności, domagające się odpowiedzi, nie mogły zostać zignorowane. Warto było trzymać rękę
na pulsie i nie dać towarzystwu wzajemnej adoracji skierować dyskusji na wygodne dla nich tory, np.
poprzez obarczanie przynajmniej częścią winy Polaków. Warto podkreślić, że właśnie w tym są oni
profesjonalistami, a odwracanie kota ogonem to umiejętność, którą opanowali do perfekcji.
Podsumowując, cel konferencji, która przez dłuższy czas szła w pożądanym przez organizatorów
kierunku, nie został zrealizowany. Postawienie sprawy w sposób, który delegitymizuje litewskie
urojenia o historii i współczesności, a także wykazuje niewielkie związki z cywilizacją państwa
litewskiego, okazało się bardzo skutecznym manewrem. Nie wchodząc w niuanse, które prelegenci
mogliby rozegrać na korzyść sprawy, której służą, wszechpolacy sięgnęli do kwestii fundamentalnych,
co uniemożliwiło prelegentom rozmycie problemu. Spowodowało to frustrację tych, którzy
oczekiwali wylania kolejnego wiadra pomyj na Polaków na Litwie oraz satysfakcję tych, którzy gotowi
są bronić ich racji i prawdziwego obrazu stosunków polsko-litewskich.
Z narodowym pozdrowieniem,
Warszawscy Wszechpolacy